Gyöngyösi o Unii Europejskiej i islamie

gyongyosi_martonOdpowiedzialny za zagadnienia polityki zagranicznej, poseł Jobbiku, Márton Gyöngyösi, udzielił wywiadu anglojęzycznemu portalowi „The Budapest Times”. Odpowiedział na pytania dotyczące przede wszystkim kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego, a także parlamentu węgierskiego, oraz ewentualnych sojuszy w Parlamencie Europejskim. Najbardziej interesująca jest jednak część poświęcona przyczynom obecnego kryzysu cywilizacji europejskiej. Polityk Jobbiku i jego partia, uważają bowiem, że odpowiada za niego liberalizm, a nie islamska imigracja o czym mówią partie narodowe z Europy Zachodniej. Tłumaczenie wywiadu po kliknięciu w „czytaj dalej”.

Jaka jest Pana strategia przed zbliżającymi się wyborami do Parlamentu Europejskiego?

Jak Pan zapewne wie, w tym roku odbędą się trzy elekcje: krajowe wybory parlamentarne, wybory do Parlamentu Europejskiego, a potem wybory lokalne. Oczywiście temat naszych relacji z Unią Europejską jest bardzo ważny, nawet na poziomie krajowym, ale nie to jest teraz dla nas najważniejszym zagadnieniem. Po wyborach krajowych, będziemy mieli półtora miesiąca kampanii przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. W 2009 roku, kiedy wystartowaliśmy w nich po raz pierwszy, osiągnęliśmy bardzo dobry wynik na poziomie 15% i wprowadziliśmy trzech swoich posłów. Mamy nadzieję, że przynajmniej procentowo osiągniemy podobny wynik. Nasz program do Parlamentu Europejskiego jest obecnie bardzo dobry. Niestety, jesteśmy w jakiś sposób wykluczeni z głównego nurtu mediów i nasze postulaty nie są słyszalne. Dlatego prowadzimy bardzo bezpośrednią kampanię, z dużo większym naciskiem na internet i wystąpieniami na forum publicznym.

Jakie kwestie dotyczące Unii Europejskiej, ma Pan nadzieję podnieść, zarówno w wyborach krajowych, jak i wyborach do Parlamentu Europejskiego?

Podobnie jak w wielu innych krajach, eurosceptycyzm udziela się również Węgrom. W czasach kryzysu gospodarczego i finansowego, dużą część winy zrzucono na UE i sądzę, że dość słusznie, biorąc pod uwagę sposób, w jaki ten kryzys był rozwiązywany i w jaki sposób UE zaczęła się przekształcać. Uważam, że jest duży opór wobec ciągłej centralizacji, rozwijanej przez Traktat Lizboński, a rozpoczętej już przez Traktat z Maastricht. Myślę, że większość narodu węgierskiego odrzuca te pomysły i myślę, że te wybory w bardzo dużym stopniu zaważą na przyszłości UE. Spodziewam się bardzo dobrego wyniku eurosceptyków na Węgrzech, a także w innych krajach. To nie tylko pogląd Jobbiku. Myślę, że eurosceptycyzm udziela się również politykom i wyborcom innych partii niż Jobbik. Orbán (premier Węgier – przyp. MM) w wielu kwestiach także zachowuje eurosceptyczne stanowisko . Jest on oczywiście zwolennikiem UE i zrobił bardzo wiele, aby Węgry przystąpiły do Unii, ale w tej chwili, przynajmniej w retoryce, jest on sceptyczny wobec Brukseli. Jest to oczywiście taktyka polityczna. Uważam jednak, że zwolennicy Fideszu także mają dość UE i Jobbik może liczyć na część głosów od wyborców centroprawicy. To był zapewne jeden z powodów dla których Fidesz, nie chciał zorganizować wyborów do parlamentów europejskiego i krajowego w tym samym dniu, chociaż byłoby to logiczne. Oznaczałoby to bardzo dużą frekwencję podczas wyborów do Parlamentu Europejskiego, a wiele osób zagłosowałoby w ramach protestu, właśnie na Jobbik. Ale oni nie chcieliby odrzucenia UE. To byłoby wysłanie złej wiadomości do Brukseli. Za to pozytywnej z mojego punktu widzenia.

Jakie są Pana zdaniem najważniejsze zagrożenia płynące ze zwiększenia integracji w ramach Unii Europejskiej?

Widzę jedynie zagrożenia. W 1991 roku zostaliśmy państwem-kandydatem. Jeśli chcemy ocenić Unię Europejską, musimy spojrzeć nie tylko na okres naszego członkostwa, ale również na cały proces akcesyjny. Naród negocjujący z Brukselą swoje przystąpienie do UE, otrzymuje wytyczne i może poruszać się w obrębie pewnych granic. Miało to bardzo negatywny wpływ na proces transformacji na Węgrzech. Powiedziano nam, że musimy zliberalizować gospodarkę i dokonać prywatyzacji, co spowodowało, że w ciągu dziesięciu lat Węgry wyprzedały właściwie cały swój majątek narodowy. Powiedziano nam, że prywatny kapitał, prywatne inwestycje i zagraniczni przedsiębiorcy, zaprowadzą nas po pewnym czasie do raju. Lecz jak można zauważyć, kraje zachodu potrzebują Węgier bardziej, niż Węgry potrzebują Unii Europejskiej. Zyskali dziesięciomilionowy rynek w naszym kraju i dziesiątki milionów w całym regionie. Ekonomicznie, to bardzo opłacalny krok dla Unii. Również pod względem geostrategicznym. Przesunęli Euroatlantycką granicę na wschód o setki kilometrów. Można to również zobaczyć na Ukrainie. Nie wystarczy jednak winić UE i nieprzyjaznych kapitalistów na zachodzie. Mieliśmy elity polityczne w kraju – takie jak premier Orbán, czy socjalistyczni politycy tacy jak Gyula Horn – którzy zostali starannie dobrani do tego rodzaju przejściowej polityki. Żaden z nich nie kwestionował zasadności integracji europejskiej, czy tego rodzaju transformacji gospodarczej. Można im wiele zarzucić z powodu ich zarządzania tym krajem, w wyniku czego Węgry w ciągu ostatnich 25 lat poniosły więcej strat, niż przez okres dwóch wojen światowych. Straciliśmy w zasadzie wszystkie nasze bogactwa naturalne i cały majątek narodowy. W tym momencie w zasadzie nic nie znajduje się w węgierskich rękach. Wszystko znajduje się w rękach zagranicznych przedsiębiorców i inwestorów, którzy choćby kupili fabryki a następnie je zniszczyli.

Są jakieś konkretne przykłady?

Całkowicie zniszczony został nasz przemysł spożywczy. Byliśmy zdolni zapewnić sobie samowystarczalność w produkcji rolniczej. Wystarczy podać jeden przykład – kiedyś mieliśmy dwanaście cukrowni. Byliśmy całkowicie samowystarczalni i eksportowaliśmy 75% naszej produkcji cukrowej. Dziś właściwie importujemy cały cukier, ponieważ nasza produkcja przestała istnieć. Na Węgrzech znajduje się tylko jedna cukrownia i jej właścicielem jest Austriak. UE mówi nam, że nie możemy prowadzić produkcji ponieważ istnieją kwoty, a te kwoty są poniżej połowy poziomu samowystarczalności… Co się stało z fabrykami? Zostały wykupione przez zagraniczne firmy – niemieckie i francuskie spółki – i zostały zniszczone. Teraz możemy kupić cukier od kompanii, które też go kupują. Dlatego też kupili rynek.

Uważa Pan, że Węgry powinni dążyć do renegocjacji traktatów unijnych?

Dokładnie tak. Taka jest nasza propozycja. Chcemy przeprowadzenia referendum na temat naszego członkostwa w UE i chcemy je renegocjować, począwszy od naszego traktatu członkowskiego.

Czy jeśli renegocjacje przebiegną pomyślnie, referendum będzie dalej potrzebne?

To zależy od ich wyniku. Prawie na pewno tak. Nie sądzę, że możliwe będzie renegocjowanie umów w taki sposób, aby były one korzystne i dobre dla narodu węgierskiego. Musiałaby się dokonać pełna rekonstrukcja umów. Biorąc pod uwagę obecny kształt UE i Węgier, nie sądzę aby było to możliwe bez referendum.

Uważa Pan więc, że we wszystkich praktycznych kategoriach, wycofanie się z traktatów byłoby konieczne?

Tak, w drodze referendum. Musimy mieć wsparcie w tym wycofaniu. Takie samo stanowisko zajmowaliśmy w 2004 roku. Prowadziliśmy kampanię na rzecz modelu Europy Narodów, w której suwerenność narodowa jest znacznie mocniejsza i gdzie centralizacja jest mniejsza. W roku 2004, również mieliśmy bardzo krytyczne podejście i prowadziliśmy kampanię na rzecz nie. To co później zobaczyliśmy, umocniło nas w naszych przekonaniach.

Ale czy nie widzi Pan pozytywnych skutków członkostwa w Unii – nie pojawiły się zagraniczne inwestycje, bądź nie nawiązano stosunków handlowych, na których skorzystała węgierska gospodarka?

Musimy patrzeć na cały bilans. Mamy ponad 1000 lat stosunków z Europą. To nie jest kwestia członkostwa w UE. Nie trzeba być częścią UE, aby mieć dobre stosunki dwustronne. UE mogłaby pomóc w poprawieniu relacji. Dawno, dawno temu, UE mogła być organizacją, która zostałaby oparta na wzajemnym zaufaniu i wzajemnych korzyściach, a działo się to w latach 60 i 70. Ale dzisiaj już tak nie jest. Dziś działa bardziej jak imperium, które posiada centrum swoich interesów czyli interes większych i starszych państw narodowych będących w UE.  Oni patrzą jedynie na własne interesy ekonomiczne i starają się podporządkować im interesy każdego innego narodu. Myślę, że to powoduje dużą frustrację wewnątrz Unii. I oczywiście błędy które zostały popełnione. Uważam, że waluta euro była kompletną katastrofą i kompletną pomyłką. To jest analiza ekonomiczna, a nie wyrok polityczny. Myślę, że całkowicie przedwcześnie wprowadzono jedną wspólną walutę, przy tak odmiennych sytuacjach gospodarczych poszczególnych państw. Zrobiono błąd a próby jego rozwiązania wyglądały jeszcze bardziej katastrofalne. Powinny one pójść w zupełnie innym kierunku. Teraz próbują jeszcze do tego narzucić scentralizowany sposób podejmowania decyzji.

Ma Pan na myśli środki unii bankowej?

Dokładnie. Dyscypliny fiskalnej i nadzoru z Brukseli. Jeśli suwerenne państwo narodowe chce opracować swój budżet, to jest to kwestia suwerenności. Nauczywszy się na błędach Grecji, Bruksela chce mieć prawo do decydowania o krajowych budżetach. To kompletna bzdura. Dokąd nas to zaprowadzi? Niektórzy urzędnicy w Brukseli, którzy nie mają pojęcia o rzeczywistej sytuacji gospodarczej na Węgrzech i o tym, czego Węgrzy potrzebują i jakie mają pragnienia, roszczą sobie prawo do decydowania o budżecie zamiast rządu? Polityka pieniężna jest już scentralizowana, a teraz polityka fiskalna ma być również scentralizowana w Brukseli. Narodowa suwerenność bardzo zmniejszyła się w ciągu ostatnich paru lat. Nic więc dziwnego, że w każdym kraju słychać sprzeciw wobec takiej polityki.

Holenderski polityk Geert Wilders oraz Marine Le Pen z Francji, wezwali do stworzenia paneuropejskiego sojuszu partii eurosceptycznych. Według doniesień mediów, Jobbik jest z niego wykluczony, ponieważ jest zbyt ekstremistyczny. Jak Pan na to reaguje?

Partie z Europy Zachodniej, mają programy z którymi nie możemy się całkowicie identyfikować. Ich opinia na temat Unii Europejskiej pokrywa się z naszą. Myślę, że mają ten sam pomysł na Brukselę co my. Ale istnieje wielka różnica między nimi a nami. Wspólną cechą Wildersa w Holandii, Interesu Flamandzkiego (Vlaams Belang) w Belgii, Wolnościowej Partii Austrii i Le Pen we Francji – a jeśli chcemy generalizować, możemy nazwać je radykalnymi ruchami Europy Zachodniej – jest podejście do imigracji. Są przeciwnikami imigracji, a ponieważ większość imigrantów pochodzi z krajów muzułmańskich, są one mocno islamofobiczne i stosują bardzo anty-islamską retorykę. Z drugiej strony, w Jobbiku, Gábor Vona był zawsze zwolennikiem dialogu między religiami. On nazywał islam, tradycjonalistyczną cywilizacją i uważał, że wszyscy tradycjonaliści na świecie – czy są chrześcijanami, muzułmanami, buddystami czy hinduistami – powinni połączyć siły i przeciwstawić się liberalizmowi, który jest wrogiem tradycjonalizmu. Poprzez propagowanie wielokulturowości, kompletnego nihilizmu i bezwartościowości, podważa on wszelki tradycjonalizm. W tym sensie, Jobbik jest partią tradycjonalistyczną. Naszym głównym wrogiem nie są ludzie, którzy reprezentują inną kulturę czy religię. Wspólnym wrogiem tradycjonalistów, niezależnie skąd pochodzą, jest liberalizm, który zwalcza każdy odmienny rodzaj tradycji czy kultury. Jego celem jest propagowanie bardzo kolorowego, wieloetnicznego i wielokulturowego społeczeństwa. Myślę, że linia podziału kształtuje się między tradycjonalistami i liberałami, a nie narodami albo kulturami. To jeden z naszych najważniejszych argumentów, różniących nas od Wildera i Le Pen.

Jako tradycjonalista, nie widzi Pan ich w tym samym obozie? 

Nie. Myślę, że są oni liberałami. Absolutnymi liberałami. Oni nie widzą prawdziwego sensu. Oni boją się, że liberalne wartości Europy i cywilizacji zachodniej, zapoczątkowane w czasie oświecenia, są zagrożone przez masową imigrację. W zasadzie chronią więc liberalne wartości Europy. W związku z tym, nie możemy uczestniczyć w jednym projekcie politycznym z tymi partiami, ponieważ widzimy pewne problemy zupełnie inaczej. Myślę, że oni są jedną z części tego problemu. Są politycznymi indywidualistami. Ich ideą polityczną jest znalezienie sobie przeciwnika, strzelanie do niego i zyskiwanie sobie poparcia, ale myślę, że znajdują oni problem w niewłaściwym miejscu. To bardzo zły znak, że instynkt Europy już właściwie nie pracuje.

Więc myśli Pan, że nie chcą oni z Wami współpracować i nazywają Was ekstremistami, ponieważ krytykujecie liberalne wartości?

To jest źródło problemu. Ale możemy pójść dalej. Dla swojej kampanii anty-islamskiej, otrzymali oni wsparcie od syjonistycznego Izraela. Każda z wymienionych wcześniej partii. Ponieważ islam i Izrael, albo syjonizm, są wrogami, tworzą oni w zasadzie jeden obóz. Widać, że Strache z Austriackiej Partii Wolnościowej, poczynił kilka pro-izraelskich gestów i otrzymał syjonistyczne poparcie. Interes Flamandzki jest nawet finansowany przez niektóre środowiska syjonistyczne. Wilders również. Widzą oni islam i imigrację jako swojego największego wroga, więc otrzymali poparcie od jednego z największych wrogów islamu – syjonizmu, który stoi teraz po ich stronie. To bardzo logiczne podejście. Na Węgrzech mamy zupełnie inny problem. Jeśli popatrzeć na nasze poglądy i działania, jesteśmy krytykami polityki Izraela. Krytykujemy syjonizm jako zjawisko globalne oraz sposób jego funkcjonowania we współczesnym świecie.

Czy nie widzi Pan ryzyka doprowadzenia do dyskryminacji, poprzez przedstawianie Żydów jako potencjalnych agentów Izraela? Lata temu (w rzeczywistości na jesieni 2012 roku – przyp. MM) złożył Pan oświadczenie, w którym stwierdził Pan, że członkami rządu nie powinny być osoby mające podwójne obywatelstwo izraelsko-węgierskie. 

Podwójne obywatelstwo jest ryzykiem i zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego. Chcę mieć pewność, że węgierski poseł, minister czy urzędnik jest w 100% lojalny i w 100% wierny mojemu narodowi, gdy stanowi on prawo lub je wykonuje. W Izraelu osoby posiadające podwójne obywatelstwo, nie mogą uczestniczyć w pracach Knesetu. Jeśli Izrael robi coś takiego, to dlaczego mówi o krzywdzie, gdy chcę wprowadzić podobne rozwiązania na Węgrzech?  W Ameryce również ta kwestia musi być przejrzysta. Każdy członek Kongresu musi przedstawić do jakiej należy rasy, jakie ma etniczne pochodzenie i jaką religię wyznaje, a także jakie posiada obywatelstwo. Wszystko czego chcę, to ten sam rodzaj przejrzystości.

Czy oczekuje Pan tego samego od innych narodowości?

Oczywiście. Jeśli ktoś ma podwójne obywatelstwo Zimbabwe i Węgier, również powinien podać to do informacji.

Chce Pan ich rozpoznać jako potencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego?

Może tak być. Jeśli ktoś ma obywatelstwo innego kraju, to oznacza, że składał mu przysięgę. Jeśli ktoś złożył przysięgę dwóm krajom, jaka jest gwarancja, że jest on lojalny wobec jednego narodu, gdy stanowi prawo lub je wykonuje, pracując dla innego kraju? Istnieje tutaj konflikt interesów. Sprawa z podwójnym obywatelstwem izraelsko-węgierskim jest dużo groźniejsza niż z posiadaniem paszportów Zimbabwe i Węgier, ponieważ słyszeliśmy o złośliwych intencjach izraelskiego prezydenta Szymona Peresa, gdy mówił o kolonizacji Węgier, poprzez wpływy gospodarcze i finansowe.

Chciałbym wrócić do kwestii sojuszu. Czy są w Parlamencie Europejskim partie, które mają podobne poglądy do Pana, i z kim bylibyście w stanie stworzyć sojusz? 

Kwestia sojuszu powróci po wyborach. Oczywiście można tworzyć sojusze, jeśli ma się podobne programy. Myślę, że Wilders i Strache, mają podobne programy. Jednak my nie mamy z nimi wspólnych poglądów. Ale podjęliśmy próbę zmiany tego stanu rzeczy prawie dwa lata temu. Nasz europoseł, Béla Kovács, utworzył paneuropejską partię Europejskiego Sojuszu Ruchów Narodowych. Od czasu ustanowienia Traktatu Lizbońskiego, poszczególni posłowie mogą tworzyć międzynarodowe partie – na podstawie członkostwa indywidualnego, a nie porozumień między ugrupowaniami. To nie lada osiągnięcie, pokazujące, że mamy jakąś siłę przetargową. Jesteśmy najsilniejszą wśród radykalnych partii, więc mamy bardzo duży posłuch w tym obozie.

Ale widzi Pan jakieś konkretne możliwości współpracy w następnej kadencji?

Stworzenie frakcji jest bardzo trudne, ponieważ trzeba mieć sporą liczbę członków z kilku państw. Ale myślę, że nie jest to problemem. To bezużyteczna organizacja, jeśli mam być szczery. Nie sądzę, aby było to bardzo ważne, czy jest się częścią frakcji czy posłem niezrzeszonym. Nie zrezygnujemy z najważniejszych części naszego programu i nie pójdziemy na kompromis w sprawie naszych zasad, tylko po to, aby zarobić więcej pieniędzy, czy wypowiadać się dwa razy w głupich kwestiach którymi zajmuje się na ogół Parlament Europejski, takich jak krzywizna ogórka. Jednak odpowiadając na Pana pytanie, muszę stwierdzić, że to będą bardzo ciekawe wybory, ze względu na rosnący eurosceptycyzm wewnątrz UE. Większość analityków przewiduje wzrost siły eurosceptyków w parlamencie. Myślę, że to rozszerzy możliwości utworzenia nowego sojuszu. W Polsce jest nowa partia, Ruch Narodowy, z która bardzo ściśle współpracujemy. Wydajemy wspólne komunikaty prasowe i uczestniczymy w swoich świętach narodowych i najważniejszych manifestacjach. Szukamy również współpracowników w Chorwacji, gdzie różne partie tworzą właśnie wspólny blok w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Również z nimi mamy kontakty i nawiązujemy relacje. Ciągle budujemy nowe sojusze. To jest właściwa część Europy – Europa Środkowo-Wschodnia – w której powinniśmy budować porozumienia. Z radykalnymi partiami z Francji czy Wielkiej Brytanii, dzielą nas bardzo różne poglądy i problemy.

Partie wymieniane przez media jako Wasi ewentualni sojusznicy, to Brytyjska Partia Narodowa i grecki Złoty Świt.

Według mediów, jesteśmy finansowani przez Al-Kaidę, Rosję i Iran. W mediach pojawia się wiele bzdur. Ze Złotym Świtem nigdy nie mieliśmy żadnych kontaktów. Kiedy Gabor Vona pojechał do Londynu, mówiono, że spotka się z przedstawicielami Złotego Świtu. To zupełnie szalone. W czasie wyborów, Vona chciał spotkać się ze swoim elektoratem. W Londynie mieszkają dziesiątki tysięcy Węgrów, z którymi chciał się spotkać i podzielić naszym programem. Dlaczego miałby udać się do Londynu, aby spotkać się ze Złotym Świtem? Mógłby udać się do Aten. To właśnie rewelacje mediów. Nie prowadzimy takiej współpracy. Z drugiej strony, lider BNP, Nick Griffin, przyłączył się do Sojuszu Europejskich Ruchów Narodowych wraz ze swoimi posłami. Nie jest członkiem partii, ale jego partia była częścią sojuszu.

Widzi Pan możliwość dalszej współpracy z Brytyjczykami?

Nasz pogląd na UE jest zbieżny. Ale dalej uważam, że ich antyislamskie poglądy, trudno pogodzić z naszym spojrzeniem na świat. Szukamy na całym świecie sojuszy z tradycjonalistami przeciwko liberalizmowi. Myślę, że Europa cierpi przez liberalizm. To jest to czego powinniśmy wyzbyć się w pierwszej kolejności, aby następnie znaleźć własne korzenie, nasze wartości i tradycje, aby na nich budować swoją przyszłość. Zamiast nienawiści i szukaniu wspólnego wroga, co nie prowadzi do niczego pozytywnego. Nie zamierzamy wyzbyć się oceny głównej przyczyny obecnego kryzysu, a więc liberalizmu, który w zasadzie powoduje bezwartościowość i oderwanie się od naszych tradycji kulturowych i religijnych.

Źródło: http://budapesttimes.hu/2014/02/22/jobbik-to-wilders-and-le-pen-liberalism-and-zionism-are-the-enemies-not-islam/

NN

Reklamy

1 thought on “Gyöngyösi o Unii Europejskiej i islamie

  1. Pingback: Polityka Narodowa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s